Pani Brandeta Hryniewicka, Pani Alina Kamińska, Pani Nadzieja Synowiec, Pan Eugeniusz Wildowicz i Pan Andrzej Czapka – sędziowie Sadu Apelacyjnego w Białymstoku!
Piszę ten otwarty list do sumienia Państwa Sędziów, w sprawie, która od roku nie daje mi spokoju. Obawiam się bowiem, ze popełnili Panstwo sędziowie wielką pomyłkę, z powodu której niewinny człowiek siedzi w więzieniu skazany na dożywocie, a prawdziwy morderca młodej kobiety i jej dziecka gdzieś zapewne śmieje się sprawiedliwości w twarz, a niewykluczone, że bezkarny – dopuści się następnej zbrodni.
Chodzi o sprawę Jana Ptaszyńskiego, w której orzekali państwo 26 kwietnia 2006 roku, utrzymując w mocy wyrok Sadu Okręgowego, skazujący go na dożywotnie pozbawienie wolności. Przypisali Panstwo Janowi Ptaszyńskiemu, że w okresie 28/29 listopada w Białymstoku, przy ulicy Jurowickiej zabił 23-letnią swoją znajoma Mariolę S i jej 2,5 letnią córkę Klaudię. Mord był rzeczywiście straszny, kobieta została straszliwie zmasakrowana przez zbójce, a jej córka utopiona została w wannie.
Przeczytałem uważnie uzasadnienie waszego wyroku, Państwo Sędziowie i nie znalazłem tam cienia dowodu, na podstawie którego można było skazać tego człowieka. Nie znalazłem tam nie tylko łańcucha poszlak, ale nawet choćby jednej najmniejszej poszlaki. Jest natomiat poszlaka wskazująca na innego sprawcę, którą żeście Państwo zbyli – obcy włos, znaleziony w pościeli zamordowanej kobiety.
Ptaszyński znał zamordowana i utrzymywał z nia intymne kontakty – temu nie zaprzeczał. I to właściwie był jedyny fakt, pozwalający na wiązanie go z tym morderstwem. Fakt, ale nie dowód, ani nawet nie poszlaka. Z faktu, ze znał, nie wynika jeszcze, że zamordował. Nie było żadnych dowodów, które chociażby pośrednio wskazywały na Ptaszyńskiego. Nie było żadnych biologicznych dowodów jego obecności na miejscu zbrodni, nie było odcisków palców, śladów krwi, niczego. A w pościeli pokrzywdzonej znalazł się włos, który nie należał ani do Ptaszyńskiego, ani do żadnej z zamordowanych. Obcy włos. - potężna poszlaka, wskazująca na innego sprawcę.
Nie pomyśleli Państwo nawet, żeby sprawdzić, czyj to był włos, chociaż w kręgu podejrzeń znajdowały się co najmniej cztery inne osoby i chociaż matka zamordowanej kobiety podejrzewała o mord inną osobę z kręgu swojej rodziny. W uzasadnieniu wyroku napisali Państwo, że„...co do znalezionego w łózku Marioli S. włosa pochodzącego od nieustalonej osoby, trzeba stwierdzić.... że włos ten mógł pochodzić od innych osób, które odwiedzały ja, koleżanek, znajomych, właścicielki mieszkania i innnych, mógł też, co wcale nie jest sytuacja niecodzienną być wniesiony na ubraniu przez sama pokrzywdzoną, która orzeciez w autobusie, sklepi i innych miejscachmiała kontkt z innymi osobami...'
Pięknie to Państwo wytłumaczyli, domniemanie niewinności zastępując domniemaniem winy. A ja jednak chciałbym zapytać – skąd maja Państwo pewność, ze to nie był włos mordercy? I jak to się stało, ze się ten niby przypadkowy włos się zaplątał, a Ptaszyński, chociaż wedle waszych ustaleń szalał na miejscu zbrodni, to jednak najmniejszego włosa ani śladu nie zostawił?
Gładko też rozprawili się Państwo z inna poszlaką, przeczącą sprawstwu Ptaszyńskiego – kraway slad stopy w skarpecie, który to ślad nie został zidentyfikowany jako pochodzący od oskarżonego. Państwo sędziowie napisali – znów na zasadzie domniemania winy – że„...niemozność identyfikacji indywidualnej śladu traseologicznego nie jest wystarczającym dowodem do uznania, że to nie Jan Ptaszyński ów odcisk skarpety pozostawił...” Krótko mówiąc – jeśli fakty przeczą z góry założonej teorii, to tym gorzej dla faktów.
...Oskarzony był jedynym mężczzna, z którym pokrzywdzona Mariola S. utrzymywała bliskie, intymne kontakty...” -zawyrokowali Państwo kategorycznie, a przesłanką takiej pewności były zeznania świadka Karoliny H., koleżanki zamordowanej, która podobno o tych innych kontaktach na pewno by wiedziała, bo zamordowana wszystko jej jako loleżanc opowiadała. Czy Państwo Sędziowie też swoim kolegom i koleżankom opowiadaja o sobie wszystko? Żadnych tajemnic, żadnych, nawet intymnych sekretów?
...Gdyby pokkrzywdzona – jak sugeruja to obrońcy spotykała się jeszcze z innym mężczyzną, musiałaby to chyba robic w ukryciu przed córką, bo ta , obserwując te spotkania mogłaby przecież powiedzieć o tym rodzinie, również oskarzonemu”.. -kolejny argument z Waszego uzasadnienia, powalający, jeśli się zważy, że owa córka, która miałaby rozpowiadać rodzinie o romansach matki, w chwili zamordowania miała dwa i pół roku...
Przyjęli Panstwo w wyroku, że zbrodnie poprzedzała „interakcja seksualna”. Tylko gdzie są tego dowody, przecież ciała zamordowanej nawet nie zbadano pod kątem biologicznych dowodów na kontakt seksualny. A opinie biegłych były tyle warte, ze nawet nie pozwoliły na określenie czasu śmierci ofiar, nad czym tez przeszli państwo do porządku, przyjmując czas przybliżony do dwóch dni. Chęć skazania Ptaszyńskiego była tak przemożna, ze nieważne były nawet kluczowe szczegóły.
Przerażające są Waszę wywody dotyczące rysu psychologicznego oskarżonego Ptaszyńskiego. Czysty osiemnastowieczny lombrozjanizm. Ptaszyński, który w chwili przypisanego mu przez Was czynu miał 25 lat, nie był wcześniej karany, nie dopuscił się wobec kogokolwiek żadnego agresywnego zachowania – dla Was okazał się jednak lombrozjańskim typem potwora, urodzonego mordercy. Bo w tym samemy czasie spotykał się z jeszcze z inna kobietą (a przecież wiadomo, ze tylko morderca może mieć w jednym czasie dwie partnerki), bo powiedział biegłym, co skrupolatnie odnotowali Państwo w uzasadnieniu wyroku – że„...każdej dziewczynie co innego się mówi, żkada inny bajer połyka...” I to ma być dowód na mordercze skłonności człowieka? Pani biegła psychiatra poskarżyła się, że oskarżony podczas badania traktował ją jako kobietę przedmiotowo, to dla was kolejny dowód, że oskarżony jest potworem. A jak on, siedzący w więzieniu pod zarzutem zabójstwa, miał panią psychiatrę traktować? Podmiotowo na randkę się z nią umawiać? Naprawdę przerażenie człowieka ogrania, jak ten naciągany rys psychologiczny oskarżonego zdanie po zdaniu dopasowywali Państwo Sędziowie do z góry założonej teorii winy oskarżonego. W snuciu wizji „urodzonego mordercy” posunęli się Państwo Sędziowie nawet do obrażającej pamięć zamordowanej sugestii, że oskarżony mógł mieć do pokrzywdzonej pretensje o pracę w agencji towarzyskiej, choć brak było najmniejszych podstaw do takiego podejrzenia.
Reasumując – nie ma dowodów, nie ma poszlak wskazujących na Ptaszyńskiego, są poszlaki wskazujące na innego sprawcę (włos i odcisk stopy) a jednak skazali Państwo tego człowieka na dożywocie. Czy czy nie odczuwaja Państwo Sędziowie w tej sprawie żadnego, choćby najmniejszego drapania sumienia?
Gdy poznałem sprawe Ptaszyńskiego, pisałem o niej kilka razy do Prokuratora Generalnego. Prosiłem, blagałem, żeby wniósł kasacje – w odpowiedzi otrzymałem bezduszne, urzędowe pismo, że kasacji nie będzie. Po programie „Sprawa dla reportera” znaleźli się świadkowie, który potwierdzają alibi Ptaszyńskiego – sąsiedzi, z którymi w czasie, gdy miała być popełniona zbrodnia, był akurat w mleczarni. Próba wznowienia postępowania w oparciu o te zeznania też została odrzucona. Nadzieja umiera ostatnia, ale co musi czuc ten człowiek, zaszczuty, niewinnie skazany, bezsilnie błagający o pomoc?
Dodam, ze w tej sprawie od początku było mnóstwo wątpliwości. Sprawa była na początkowym etapie umorzona, sąd białostocki uchylał nawet areszt w przekonaniu, ze nie ma dostatecznych dowodów uprawdopodobniających zarzut. 27 kwietnia 2004 r. Sad Apelacyjny w Białymstoku przed przewodnictwem sędziego Andrzeja Ulitko, z sędzia Andrzejem Czapką i sędzią Jackiem Dunikowskim w składzie, napisał, ze„każda z przedstawionych poszlak może być oceniona co najmniej dwuznacznie”.. Co się stało – to pytanie adresuję głównie do Pana Sędziego Czapki – że mimo nieodnalezienia żadnych nowych dowodów, mimo dokładnie takiego samego stanu faktycznego, te same poszlaki w 2004 roku dwuznaczne, w 2006 roku nagle stały się dla Pana jednoznaczne i wystarczające do skazania na dożywocie?
Kieruję do Państwa Sędziów ten list w przekonaniu, że prawda o zbrodni na ulicy Jurowickiej wyjdzie kiedyś na jaw. Może zabójcą był ktoś z kręgu wcześniej podejrzewanych członków rodziny, może to był obcy zbrodniarz, którego pokrzywdzona wpuściła, bo podał się za inkasenta czy hydraulika – wersji tej zbrodni może być wiele. Żadna z nich nie została wykluczona, a krag podejrzeń wobec Ptaszyńskiego nie tylko się nie zamknął, on się nawet nie otworzył, bo żadna poszlaka nie wskazuje na jego winę. Znajdzie się prawdziwy sprawca tej zbrodni, nie ulega bowiem dla mnie wątpliwości, że Jan Ptaszyński tym prawdziwym sprawcą nie jest. I będą się jeszcze Państwo tego wyroku wstydzić.
Sądząc Ptaszyńskiego, zapomnieli Państwo o fundamentalnych zasadach domniemania niewinności. A to jest największa klęska sprawiedliwości, gdy niewinny człowiek cierpi, a prawdziwy zbrodniarz się śmieje. Mam wrażenie, ze taka klęska stała się niestety Państwa udziałem.